Antyranking przygotowany przez "Daily Telegraph" otwiera balkon Julii w Weronie. Choć ponoć Szekspir nigdy nie postawił stopy w tym włoskim mieście, tysiące turystów codziennie kłębią się pod kamiennym balkonem, który dobudowano do średniowiecznej kamienicy dopiero w latach 30. XX wieku. Co więcej, za przywilej spojrzenia na ten symbol literackiej fikcji i dotknięcie posągu Julii (pochodzącego z lat 70.) w okresie świąteczno-noworocznym trzeba zapłacić 12 euro.

Autor artykułu, Rob Crossan, nie jest też entuzjastą Manneken Pisa - wykonanej z brązu rzeźby-fontanny, przedstawiającej nagiego, sikającego chłopca. Symbol Brukseli to w rzeczywistości półmetrowa figurka, którą łatwo przegapić, gdyby nie tłum turystów wokół. Crossan sugeruje, że podłączenie węża ogrodowego do krasnala na własnym podwórku daje niemal identyczne wrażenia wizualne, oszczędzając nam kosztów podróży.

Gazeta radzi również omijać Leicester Square w londyńskiej dzielnicy teatrów, West End. Opisuje ten plac jako turystyczną pułapkę pełną komercji, drobnej przestępczości i kiepskiego jedzenia. Pół żartem, pół serio proponuje powołanie "służby ratunkowej", która wywoziłaby nieszczęśliwych turystów z tego miejsca do bardziej autentycznych dzielnic Londynu (jak Brixton czy Dalston).

Kolejne rozczarowujące miejsce to pomnik Małej Syrenki w kopenhaskim porcie. Figura przedstawiająca postać z baśni Hansa Christiana Andersena stoi na tle budynków przemysłowych i jest uderzająco mała. Turyści wysiadający z autokarów zazwyczaj patrzą na Syrenkę z lekkim niedowierzaniem. (PAP Life)

mdn/ag/