Test: Opel Frontera. Stara nazwa, nowy charakter
Trochę starsi czytelnicy z pewnością pamiętają Opla Fronterę sprzed jakichś 30 lat. Wtedy pod tą nazwą niemiecka marka produkowała terenówkę, która w latach 90. była dość rzadkim widokiem na polskich ulicach. Ile wspólnego z tamtym autem ma współczesna Frontera? Sprawdziłem.
Pod maską 3,5-litrowy silnik benzynowy o mocy 250 KM i napęd na cztery koła… to oczywiście opis tej starej Frontery. Teraz czasy się zmieniły, więc i auto jest zupełnie inne.

Stylistyka bez szaleństw
Współczesna Frontera to crossover z pogranicza segmentu B i C o długości blisko 4,4 m. Auto jest technicznym bliźniakiem Citroena C3 Aircross – obie marki należą bowiem do jednego koncernu Stellantis i korzystają z tych samych technologii, rozwiązań czy niektórych elementów wnętrza.
Stylistyka? Kwestia gustu. Z pewnością nie ma tu jakichś fajerwerków, co dla niektórych będzie zaletą. Przód jest typowy dla Opla, natomiast z boku i z tyłu widać duże podobieństwo do C3 Aircrossa.


Mój testowy egzemplarz otrzymał zielony lakier (wymagający dopłaty 2 700 zł), czarny dach oraz 17-calowe alufelgi (standard w GS) z oponami o dość grubym profilu 60. Standardowym lakierem jest pomarańczowy.
Frontera dołączyła do gamy SUV-ów Opla obok Mokki i Grandlanda. Podczas gdy Mokka stawia na modny wygląd, a Grandland to flagowiec z lepszym wyposażeniem, Frontera zajmuje miejsce auta dla klienta o nieco mniej zasobnym portfelu, który przede wszystkim ceni przestrzeń. Samochód jest reklamowany jako propozycja dla rodzin i muszę przyznać, że jak najbardziej można się z tym zgodzić. Co więcej, za 3 200 zł możemy dokupić trzeci rząd siedzeń, co w tym segmencie jest rzadkością. Sprawdziłem ten patent w Citroenie C3 i ostrzegam, że to opcja wyłącznie dla dzieci.

Twardo, ale przestronnie
Stosunkowo niska cena Frontery niesie za sobą pewne ograniczenia. We wnętrzu królują twarde plastiki, co stanowi duży kontrast do takich marek, jak choćby Peugeot czy Skoda. Tutaj po prostu postawiono na oszczędności, dlatego jest dość surowo. Jedyne miękkie elementy to podłokietnik centralny oraz malutki fragment wykończenia drzwi, gdzie opieramy łokcie.
Mimo dość skromnego wykończenia, mój egzemplarz w bogatszej wersji GS z pakietem zimowym nie był „golasem”. Doceniłem podgrzewaną przednią szybę, kierownicę oraz fotele – co zimą naprawdę się przydawało. Na pokładzie znalazły się też cztery elektryczne szyby, pasywny tempomat oraz ładowarka indukcyjna, która przy okazji bardzo mocno grzała mój telefon. Automatyczna klimatyzacja? Też jest.



Producent chwali się ponadto ergonomicznymi fotelami ze specjalnym wgłębieniem na kość ogonową. Potwierdzam, były wygodne, ale czy moja kość ogonowa czuła się w Oplu wyjątkowo? Trudno powiedzieć. Regulacja foteli jest oczywiście manualna. Szkoda, że nie możemy dostosowywać odcinka lędźwiowego.


W multimediach Frontery postawiono na prostotę. Ekran centralny ma ograniczoną do minimum liczbę ustawień, a część opcji, jak asystenci jazdy, czy jasność wyświetlacza, przeniesiono na ekran przed kierowcą, sterowany z kierownicy. Wynika to pewnie z faktu, że w uboższej wersji zamiast ekranu centralnego auto posiada po prostu uchwyt na telefon. Moje pytanie brzmi: gdzie się podział obrotomierz? Ja wiem, że to automat, ale mimo to, trochę mi go brakowało.
Pod kątem prostoty Frontera jest przeciwieństwem chińskich aut, które często przytłaczają mnogością konfiguracji. Tutaj jest prosto i dość funkcjonalnie. Zabrakło mi za to fizycznej regulacji głośności. Po prawej stronie ekranu umieszczono wirtualny pasek do regulacji systemu audio, ale pokrętło, to pokrętło.



Na tunelu środkowym, w miejscu uchwytów na kubki, zastosowano gumowe tasiemki mające ułatwić przewożenie dłuższych przedmiotów. Próbowałem wymyślić, co chciałbym tam przewozić, ale nie wpadłem na nic sensownego. Można je zdemontować, ale wtedy pozostaje średnio wyglądająca… dziura.


Podłokietnik jest przesuwany, ale nie ma regulacji wysokości, a o budżetowym charakterze auta przypomina fakt, że nawet w topowej wersji silnik uruchamiamy tradycyjnym kluczykiem w stacyjce. Z racji tego, że mówimy o hybrydzie, po jego przekręceniu w zasadzie nic się niedzieje. Dziwne uczucie. Dziwny jest też sposób opuszczania szyb. Tryb auto działa tylko do dołu. Wiele razy chcąc minimalnie opuścić szybę, ta opuszczała się do samego końca. W drugą stronę działa to inaczej - przycisk trzeba "unosić" cały czas, dopóki szyba się nie zamknie.
W drugim rzędzie siedzeń Frontera oferuje bardzo dużo miejsca zarówno nad głowami, jak i na kolana, choć pasażerowie nie uświadczą tam podłokietnika. Są za to gazetowniki, kieszenie na telefon oraz porty USB-C. W całym aucie są ich cztery. Bagażnik liczy 460 litrów i ma podwójną podłogę. Oparcia składają się w proporcjach 40:60.


Miękka hybryda i automat
Auto oferowane jest jako hybryda lub elektryk. Ja testowałem mocniejszy wariant miękkiej hybrydy opartej na trzycylindrowym silniku 1.2 l o mocy 145 KM (dostępna jest też wersja 110 KM).

Pod kątem dynamiki samochód spisuje się nieźle – 9 sekund do setki to wynik w pełni akceptowalny w tej klasie. Sześciobiegowy automat pracował bez zarzutów, a zawieszenie nastawione na komfort dobrze pasuje do charakteru rodzinnego auta.


Zastosowanie układu miękkiej hybrydy sprawia, że auto odzyskuje energię podczas hamowania i nie posiada standardowego rozrusznika, dzięki czemu start silnika powinien być łagodniejszy. Muszę jednak zaznaczyć, że w tej kwestii spodziewałem się nieco lepszych wrażeń. Trzycylindrowa jednostka nie jest specjalnie wyciszona i przy uruchamianiu da się odczuć niewielkie, ale jednak wibracje.

Moment ruszania zaczyna się co prawda na prądzie, ale już po sekundzie do pracy z charakterystycznym warknięciem włącza się silnik spalinowy i robi to nieszczególnie "gładko". Ciekawym detalem jest prędkościomierz, który zmienia barwę na niebieską, gdy jedziemy na samym prądzie, i na białą, gdy korzystamy z benzyny.


Frontera bardzo dobrze wypada w kategorii widoczności. Jako kierowca siedziałem dość wysoko i miałem niezły wgląd w to, co dzieje się wokół auta. Wspiera nas w tym kamera cofania oraz w pełni ledowe światła. Nie ma tu w opcji matrycówek, które Opel zarezerwował dla droższych modeli. Te bazowe reflektory spisują się zadowalająco i mają przyjemną, chłodną barwę. Całe oświetlenie Frontery jest ledowe, w tym również tylne kierunkowskazy.
Zużycie paliwa jest na rozsądnym poziomie. Jazda po Inowrocławiu w czasie mrozów, ale z rozgrzanym silnikiem dała wynik na poziomie 6,2 l/100 km.
Ceny
Wyjściowa cena za 110-konną hybrydę to 100 900 zł. Ta mocniejsza jest droższa o 6 tys. zł. Ceny elektryków startują od 121 900 zł z baterią o pojemności 44 kWh i od 130 900 zł za 54 kWh. W obu przypadkach moc wynosi skromne 113 KM.

Podsumowanie
Nowy Opel Frontera to auto przemawiające do siebie prostotą obsługi, przestronnością i oszczędnym układem napędowym. Cena jest stosunkowo niska, ale nie bez powodu. Widać to głównie we wnętrzu.

Cennik:
Dziękuję Stellantis Polska za udostępnienie auta do testu.
