Wywiad: Sami sieją, mielą i pieką. Tak pracuje młode pokolenie rolników z Kijewa
Marek Jasik: Czy łatwo jest być dziś w Polsce rolnikiem?
Filip Kalisz: Na przestrzeni lat staje się to coraz trudniejsze. Stawia się przed nami nowe przeszkody i wymagania. Musimy odnajdywać się w standardach, których wymaga Unia Europejska, podczas gdy koszty produkcji rosną, a ceny za płody rolne stoją w miejscu.
Marek Jasik: Czy ta Unia z Waszej perspektywy ma też zalety?
Filip Kalisz: Ogromnym wsparciem są dopłaty, ale przy obecnej konkurencji międzynarodowej, nawet międzykontynentalnej, są niewystarczające. Umowa z państwami Mercosuru, import z Ukrainy... W Unii mamy małe, rozproszone gospodarstwa. To nie są ogromne agroholdingi, jakie widzimy na Ukrainie, w Stanach czy w Rosji.

Kiedyś sprzedaż jednej maciory pozwalała kupić opał na całą zimę. Dziś za te same pieniądze nie kupi się nawet pół tony węgla. To pokazuje skalę zmiany: kiedyś 10 hektarów wystarczyło, by wyżywić rodzinę. Dziś nie wiem, czy 100 hektarów wystarczy na utrzymanie rodziny.

Marek Jasik: Czy umowa z Mercosurem jest dla was bezpośrednim zagrożeniem?
Filip Kalisz: Paradoksalnie, może zadziałać na naszą korzyść. Konsumenci, w obawie przed produktami niewiadomego pochodzenia z odległych krajów, mogą chętniej sięgać po sprawdzoną, lokalną i zdrową żywność. Liczymy na to, że klienci częściej wybiorą autentyczność.
Marek Jasik: W rodzinie jesteście już czwartym pokoleniem na roli. Czy takie plany mieliście od początku?
Filip Kalisz: W 2009 roku rodzice przepisali mi część gospodarstwa, gdy byłem jeszcze na studiach. To była inicjatywa rodziców, głównie taty, który miał problemy zdrowotne. Mam dwóch starszych braci – jeden prowadzi własną działalność, drugi pracuje zawodowo, więc oczy rodziny zwróciły się w moją stronę. Zgodziłem się, mając już wtedy własną koncepcję na to miejsce.

Marek Jasik: Nie kusiła Cię praca na etacie, np. w korporacji?
Filip Kalisz: W korporacji na pewno nie, choć zawsze chciałem spróbować pracy u kogoś, by sprawdzić swoje możliwości.
Katarzyna Kalisz: Ja pracowałam na etacie i widzę, że gospodarstwo daje ogromną elastyczność czasową. Nikomu nie muszę się tłumaczyć, gdy trzeba jechać z dzieckiem do lekarza. Własna działalność w tej formie ma ogromne plusy.

Marek Jasik: Zajmujecie się produkcją mąki. Jak etap po etapie powstaje wasz produkt?
Filip Kalisz: Wszystko zaczyna się od ziarna na naszych polach. Siejemy je sami, stosując metody biologiczne i nawozy organiczne. Nie mamy jeszcze certyfikatu eko, ale tak właśnie prowadzimy uprawy. Po zbiorach ziarno jest czyszczone w naszej czyszczalni, a potem trafia do tradycyjnego młyna żarnowego. Śmiejemy się z żoną, że to taki duży blender.

Później ziarno trafia do przesiewacza z różnymi sitami. Sami mieszamy frakcje, by uzyskać konkretne typy: od najcenniejszej mąki pełnoziarnistej, przez chlebową, aż po uniwersalny typ 630.

Marek Jasik: Czy pakowanie odbywa się na jakieś zautomatyzowanej linii?
Filip Kalisz: Wszystko odważamy i pakujemy ręcznie.
Marek Jasik: Twoi rodzice zajmowali się trzodą chlewną. Jak zareagowali na to, że będziesz wytwarzał mąkę?
Filip Kalisz: Na początku podchodzili do naszego pomysłu z rezerwą, ale po paru latach pokazaliśmy, że jest w tym sens. Nie chodzimy z Kasią utartymi szlakami, ale wyznaczamy swoje ścieżki.
Marek Jasik: Skąd wziął się pomysł na tak wąską specjalizację?
Filip Kalisz: Musieliśmy zweryfikować plany po utracie części dzierżaw związanych z rozbudową pobliskiego poligonu wojskowego. Mieliśmy taką chwilę zawahania, w którą stronę iść. Ja zawsze marzyłem o takim detalicznym przetwórstwie.
Katarzyna Kalisz: Tak naprawdę młyn przyjechał do nas dwa lata temu, w Walentynki. Przez kilka miesięcy uczyliśmy się jego obsługi. Nie mieliśmy zawodowej wiedzy młynarskiej, wszystkiego musieliśmy doświadczyć sami.
Impulsem była też moja diagnoza – dowiedziałam się, że mam chorobę autoimmunologiczną. Lekarze sugerowali odstawienie glutenu. Zaczęliśmy mielić ziarno w domu, w zwykłym blenderze, by sprawdzić, czy taki świeży, czysty produkt będzie mi szkodził. Okazało się, że nie, bo kluczem jest jakość. W pandemii, gdy wszyscy piekli chleby, uznaliśmy, że chcemy stworzyć produkt lepszy, niż ten na sklepowych półkach.
Marek Jasik: Dziś sprzedajecie nie tylko mąkę, ale i gotowe pieczywo.
Katarzyna Kalisz: Tak, bo sama mąka to trudny produkt – wymaga od klienta czasu i chęci do gotowania. Od listopada 2024 roku wystawiamy się na targu w Toruniu. Kiedyś upiekłam chleb na degustację, żeby pokazać, jak smakuje nasza mąka. Klienci chcieli kupować gotowe bochenki.

Dlatego stwierdziliśmy, że okej, może to jest ta nasza nisza. Sprzedajemy w ramach rolniczego handlu detalicznego. Jesteśmy pod kontrolą sanepidu. Wszystko robimy tak jak trzeba, legalnie.

Marek Jasik: W czym Wasza mąka jest lepsza od tej z supermarketu? Za co klient woli dopłacić?
Filip Kalisz: Przede wszystkim za to, że to jest produkt wytworzony z ziarna, które sami robimy. Sami jesteśmy odpowiedzialni, sami czuwamy nad jakością.
Katarzyna Kalisz: To jest w stu procentach polskie ziarno. Pilnujemy przechowywania, by nie dopuścić do powstania mykotoksyn. W naszej mące nie ma polepszaczy, enzymów ani chemii przyspieszającej dojrzewanie. Nasz chleb to tylko mąka, woda, sól kłodawska i zakwas, który wyhodowałam dwa lata temu. Dlatego każda partia mąki może być nieco inna – bo jest naturalna.

Marek Jasik: Czy to dochodowy biznes?
Filip Kalisz: Zapotrzebowanie jest takie, że ledwo wyrabiamy. Widzimy w tym szansę na spokojny rozwój. Chleb będzie potrzebny zawsze, a ludzie coraz bardziej boją się żywności niewiadomego pochodzenia. Czujemy satysfakcję, że naszym klientom smakują nasze produkty. To oni dmuchają w nasze żagle rozwoju.
Katarzyna Kalisz: Serce rośnie, gdy przychodzą klienci i mówią, że od lat nie jedli chleba z powodów zdrowotnych, a po naszym czują się świetnie. Planujemy budowę nowej piekarni i przetwórni obok młyna. Chcemy rozwinąć skrzydła.
Marek Jasik: Niedawno otrzymaliście prestiżową nagrodę "Rolnik Pomorza i Kujaw". Co to dla Was znaczy?
Katarzyna Kalisz: To ogromne wyróżnienie w najstarszym konkursie w regionie. Nominowało nas Starostwo Powiatowe w Inowrocławiu i tamtejszy Ośrodek Doradztwa Rolniczego.

Filip Kalisz: To dla nas certyfikat autentyczności w oczach klienta. Ale to też piękna klamra historyczna – moi rodzice dostali Grand Prix w tym samym konkursie w 2007 roku za hodowlę trzody. My, jako czwarte pokolenie, kontynuujemy tę historię po swojemu.
Mój dziadek, Mieczysław Froncz, sam zaprojektował ten dom. Był znanym działaczem. Myślę, że byłby dumny, że nie poddaliśmy się kilka lat temu i nie wydzierżawiliśmy ziemi, tylko budujemy własną, uczciwą markę.

Marek Jasik: Jak można kupić Wasze produkty?
Filip Kalisz: W każdą sobotę jeździmy na targowisko do Torunia. Nawet kiedy temperatury sięgały -14 stopni, my wytrwale, jako jedyni w całej alejce, czekaliśmy na swoim stoisku na klientów. Mąki sprzedajemy też przez aplikację Food Farmer. Niektórzy klienci przyjeżdżają bezpośrednio do naszego gospodarstwa. Umawiamy się na zamówienie telefoniczne i przyjeżdżają do nas w czwartki.
Marek Jasik: Dziękuję za rozmowę.
Katarzyna i Filip: Dziękujemy.