Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Wielka batalia o unijny „tort”

Głównym tematem trwającej ponad 10 godzin sesji był podział pierwszych dużych pieniędzy unijnych. Inowrocław zgłosił ambitne projekty: modernizację stadionu, budowę basenu „Delfin” oraz zakład utylizacji odpadów. Wynik? Okrągłe zero.

Na sesji pojawił się Jacek Kuźniewicz z Urzędu Marszałkowskiego, który musiał zmierzyć się z gradem pytań. Radny Andrzej Krzemiński nie gryzł się w język, sugerując, że kluczem do podziału pieniędzy nie były wnioski, a polityczne barwy. Wytykał, że fundusze powędrowały m.in. do gminy Nowe, gdzie rządziła Lewica – podobnie jak w ówczesnym sejmiku. Padła nawet gorzka ironia: może Inowrocław powinien stać się gminą wiejską? One bowiem miały wtedy priorytet w pozyskiwaniu środków.

W tle trwał festiwal „głuchego telefonu”. Przewodniczący Rady, Jan Koziorowski, żalił się, że przez trzy dni bezskutecznie próbował dodzwonić się do Marszałka Województwa. Ten jednak zawsze był „bardzo zajęty”.

Podatek od psa, czyli „luksus” na smyczy

Gdy emocje po unijnych milionach opadły, radni zajęli się portfelami mieszkańców. Zaproponowano podwyżkę podatku od posiadania psa do kwoty 40 zł rocznie. Dyskusja szybko zeszła na tory ideologiczne.

Radna Filomena Deskiewicz ucięła dyskusję stwierdzeniem: „posiadanie psa jest luksusem, za który trzeba płacić”. Z taką argumentacją nie zgadzał się radny Andrzej Kieraj, punktując bezsilność miasta. Zauważył, że system „karze” tylko uczciwych obywateli, którzy sami się zgłoszą, podczas gdy ratusz nie potrafi wyegzekwować opłat od pozostałych właścicieli czworonogów.

Rondo niezgody i TIR-y pod oknami

2004 rok to także czas wielkiej bitwy o układ komunikacyjny miasta. Prezydent Ryszard Brejza relacjonował przegrany spór z GDDKiA o skrzyżowanie ulic Orłowskiej, Toruńskiej i Laubitza. Miasto nie chciało tam ronda, bo wiedziało, że skieruje ono cały ruch tranzytowy z Mazur w stronę Poznania prosto w lokalną ul. Bpa Laubitza.

Radni określali tę decyzję mianem „skandalicznej”, ubolewając, że o losach inowrocławskich ulic decyduje „czynnik zewnętrzny” za biurkiem w Warszawie czy Bydgoszczy. Jak widać, problem tranzytu przez centrum ma w naszym mieście bardzo długą brodę.

Kultura w cieniu ołtarza

Ciekawy wątek dotyczył życia kulturalnego. Mieszkańcy dopytywali, dlaczego uroczyste koncerty (np. z okazji 11 listopada) odbywają się w kościołach zamiast w miejskich instytucjach. Wyjaśnienie Barbary Kasińskiej, kierownik Referatu Kultury, było techniczne: w 2004 roku miasto po prostu nie miało godnej sali.

Sala koncertowa mieściła 200 osób, Teatr Miejski 444, a sama orkiestra liczyła 50 muzyków. Świątynie były jedynymi miejscami, które oferowały odpowiednią akustykę i mogły pomieścić setki inowrocławian chcących obcować z kulturą wysoką.

„Światło” w bibliotece i płot na dziko

W świecie technologii był to czas wielkich nadziei. Choć Biblioteka Miejska dostawała medale, to na pytanie o udostępnienie zbiorów w internecie padała odpowiedź: „nie stać nas na to”. Ratunkiem miał być ministerialny program „Ikonka” (wtedy znany jako „Światło”), dzięki któremu do biblioteki trafić miały pierwsze nowoczesne komputery.

Prezydent musiał nagle wycofać uchwałę o sprzedaży działki przy ul. Orłowskiej. Dlaczego? Bo zanim miasto zdążyło ją wystawić na przetarg, sąsiad... zdążył ją sobie bezprawnie ogrodzić płotem. Radny Błaszak skomentował to złośliwie, sugerując urzędnikom uprawianie metody „POM”, czyli Powolnego Obchodu Miasta, by w ogóle wiedzieli, co dzieje się na miejskim gruncie.