Chevrolet Monza. Amerykański unikat w Inowrocławiu
Kiedy, jak nie teraz? Takie pytanie zadał sobie Maciej, po czym kupił wymarzonego klasyka. No dobrze, trochę to uprościłem, ale generalnie tak dokładnie było. Poznajcie mojego bohatera odcinka i jego Chevroleta Monzę z 1975 roku.

Właściciel tego wozu nie ukrywa, że na klasyka "chorował" od dłuższego czasu. Ale nie interesowało go byle co – szukał maszyny z charakterem. Padło na Chevroleta Monzę 2+2 z 1975 roku. Poszukiwania trwały długo, a negocjacje z poprzednim właścicielem nie były łatwe.

Dopisek “2+2” oznacza liczbę miejsc. Nadwozie tego auta można określić jako hatchback coupe, bo tylna klapa otwiera się razem z szybą, natomiast stylistycznie mamy tu fastbacka. Brzmi skomplikowanie, ale dzięki temu samochód na tle dzisiejszych konstrukcji wygląda unikatowo.

– Z poprzednim właścicielem tego samochodu rozmawiałem już od ubiegłego roku, negocjując warunki i cenę zakupu. Bardzo trudno było go przekonać do sprzedaży, w tym samochodzie był zakochany – opowiada Maciej. Jak dodaje, w 2012 roku był to jedyny egzemplarz w Polsce i siódmy w Europie, a choć obecnie dokładna liczba nie jest znana, to z pewnością nie ma ich zbyt wiele.

V8 o mocy 110 KM
Model Monza był bezpośrednią konkurencją dla drugiej generacji Forda Mustanga. To kompaktowe auto pod maską ma potężne, choć tylko pod kątem pojemności, serce: 4,3-litrowe V8. Choć właściciel przyznaje, że 110 KM przy tej pojemności to wynik dość skromny, podkreśla, że w amerykańskiej klasyce liczy się co innego.
Moment obrotowy wynoszący 362 Nm jest dostępny już przy 2000 obr./min, co sprawia, że wystarczy chwila nieuwagi, by tylne opony zaczęły zostawiać czarny ślad na asfalcie. Rozmiar felg to… 13 cali. Dziś nawet w miejskim kompakcie możemy sobie skonfigurować “19”. Ale w tym nadwoziu koła oryginalnej wielkości pasują wyśmienicie.


Kiedy pytam, czy już spalił gumę, Maciej odpowiada, że gdyby nieostrożnie ruszał, to za każdym razem guma mogłaby być palona.
Samochód ma oryginalne sportowe zawieszenie, a jego linia bywa porównywana do słynnego Ferrari 365 GTC. Na pokładzie jest 3-biegowy automat.
Z Krakowa do Inowrocławia w 8 godzin
Zakup tak rzadkiego klasyka to zawsze przygoda. Auto zostało sprowadzone ze Stanów do Niemiec, a w 2009 roku trafiło do Polski, gdzie przeszło renowację blacharsko-lakierniczą. Maciej kupił je w czerwcu tego roku. Gdy w końcu udało się sfinalizować zakup, właściciel nie bawił się w lawety.



– Doszedłem do wniosku, że jak jadę po takiego klasyka, to ja muszę nim przyjechać na kołach. Jechałem 8 godzin, ponieważ nie wiedziałem, co mnie po drodze będzie czekało i starałem się jechać 80-90 km/h. Nic się nie wydarzyło, także już z tego powodu się bardzo cieszyłem, że dotarłem na miejsce – wspomina wyprawę za Kraków.
"Nie potrzebujesz radia, gdy gra V8"
Wnętrze tego auta to prawdziwa podróż w czasie. Nie znajdziemy tu żadnej zbędnej elektroniki – nie ma centralnego zamka, elektrycznych szyb, czy nowoczesnych udogodnień.



Oryginalna tapicerka zachowała ten specyficzny zapach starego samochodu, choć właściciel planuje już wizytę u tapicera, by zabezpieczyć prujące się fragmenty.
Co ciekawe, auto nie posiada radia. – Już do Niemiec przyszedł bez radia, aczkolwiek dźwięk tego silnika zaspokaja doznania audiofilskie i chyba radio nie jest mi potrzebne – przyznaje. Ciekawostką jest oryginalny nawiew, który przy wyższych prędkościach rzeczywiście chłodzi kabinę. To tzw. skrzydła rekina na słupkach B. Klimatyzacja też jest, ale do nabicia.
Prawdziwą gratką jest oryginalna broszura, którą pierwszy właściciel dostał wraz z autem.


Eksploatacja i serwis: "Trzeba być cierpliwym"
Amerykańskie auta rządzą się swoimi prawami. Właściciel zdradza mały trik: – Jeżeli on stoi dłużej niż jeden dzień, to musi przynajmniej 4-5 minut nabrać tego paliwa do pompy. Później dwa razy naduszamy pedał gazu i dopiero wtedy wystrzeli.
W kwestii napraw jest optymistą: – Jeżeli chodzi o części, o zawieszenie, nie ma z tym problemu. Są firmy amerykańskie, za których pośrednictwem takie części można zdobyć. Najgorzej jest, jeżeli chodzi o blacharkę – to naprawdę byłoby ciężko nawet w Stanach. Silnik jest za to niezwykle podatny na modyfikacje. Jak twierdzi właściciel, można go przerobić nawet na 1000 KM, choć on woli utrzymać motor w oryginale.
Przyszłość w garażu pod kocykiem
Auto jest zarejestrowane jako zabytek i posiada skrupulatną opinię rzeczoznawcy – śrubka po śrubce. Maciej nie planuje zmieniać tablic na nasze, lokalne. Spalanie? W trasie przy spokojnej jeździe to około 13 litrów, w mieście 17-20 litrów, a przy mocniejszym szarżowaniu licznik może wskazać nawet 25 litrów na setkę.
– Od listopada do kwietnia będzie pauzował w garażu pod kocykiem. Raz po raz będzie przepalany – zapowiada właściciel. Czy żal będzie wyjeżdżać na deszcz? – Na deszcz nie będę wyjeżdżał, na pewno. Chyba że po prostu złapie mnie w trakcie wycieczki czy też zlotu, no to jest nieuniknione.

Reakcje na drodze są jednak najlepszą nagrodą za trud zakupu i serwisowania. – Urzekło mnie to, że większość ludzi się obraca i są pozytywne reakcje. Jest zainteresowanie na parkingu, pytają się, co to jest za samochód, że świetnie wygląda – podsumowuje.

Mój bohater odcinka na co dzień jeździ współczesnym Mitsubishi Outlanderem, a o klasyku marzył od dłuższego czasu. Teraz to marzenie spełnił i w trakcie naszego spotkania było widać, jak wiele radości prawdziwemu pasjonatowi może dać ponad 50-letni samochód. Jeśli również macie w garażu ciekawe auta, piszcie, a dowie się o nich szerokie grono naszych czytelników.

