Test: Mercedes GLC 300 e. Dopracowany (prawie) pod każdym względem
Wjeżdżam na autostradę. Ustawiam tempomat na 140 km/h. Silnik trzyma prawie 5 tys. obrotów. Jest głośno i nieprzyjemnie. Potem wysiadam z MG ZS i wsiadam do Mercedesa GLC. Ale ulga.
Mercedes GLC zadebiutował na rynku w 2015 roku i jak pokazały wyniki sprzedaży, był strzałem w dziesiątkę. Nie każdego było stać na mniej więcej o 100 tys. zł droższego GLE, a GLC jako kompaktowy SUV potrafił zaoferować wiele.

W 2022 roku na drogi wyjechała druga generacja, a aktualnie w salonach dostępna jest już trzecia odsłona. Mimo to, Mercedes nadal oferuje wersję X254, którą dzisiaj testuję. Z perspektywy klientów to bardzo dobra wiadomość. Dlaczego? Ponieważ nowy GLC zadebiutował na rynku jako pełny elektryk. W planach jest co prawda odmiana spalinowa, ale póki co pozostawiono klientom możliwość zakupu GLC z tradycyjnym napędem właśnie poprzedniej generacji. Jeśli nie każdy chce mieć na grillu miliard podświetlanych diod, jak ta najnowsza wersja, to druga generacja jest jak znalazł. Tutaj miniaturowe gwiazdki na grillu się nie świecą. I dla wielu to będzie zaletą.

Wygląd
Jak dla mnie stylistycznie auto niemal w ogóle się nie zestarzało, mimo że na rynku jest już solidne cztery lata. Ten kompaktowy SUV mierzy 4,72 m długości i jest dostępny w nadwoziu zwykłym lub coupe. Ja testuję ten pierwszy wariant. Oczywiście, żeby auto prezentowało się tak widowiskowo jak mój egzemplarz, w konfiguratorze należało zostawić sporą sumę pieniędzy.



Przede wszystkim mamy tutaj pakiet stylistyczny AMG Premium Plus, który zawiera choćby inny grill oraz przedni i tylny zderzak. Są efektowne progi, które co prawda utrudniają wysiadanie, ale wyglądem pasują idealnie. Do tego niebieski lakier za skromne 5 tys. zł, chromowane klamki, przyciemniane szyby i to, co podoba mi się najbardziej - topowe, najdroższe dostępne w tym modelu felgi AMG o średnicy 20 cali.



Są szprychowe, malowane na czarny połysk ze srebrnym rantem. Z pakietem AMG kosztują 6,6 tys.zł. Tylne opony mają szerokość 285 i profil 40, a przednie 255 i profil 45. W takim anturażu GLC prezentuje się wybornie i choć wersja coupe podoba mi się bardziej, tej także nie można niczego odmówić.
Wnętrze
Jak wspomniałem na wstępie, do Mercedesa GLC przesiadłem się prosto z MG ZS i poczułem ulgę. Tutaj jest trochę jak w innym świecie. Czy byłem zaskoczony? Nie, bo w cenie takiego Mercedesa można mieć cztery MG.
Mój egzemplarz wykończono w jasnej eko skórze. Doceniałem wygodne fotele z dobrym trzymaniem na boki, a szczególnie regulację zagłówka również w kierunku przód-tył, czego często mi brakuje w innych autach. Wnętrze GLC to ta sama koncepcja od kilku lat i czy można mieć tu jakieś zastrzeżenia? Moja największa uwaga to dość trudny dostęp do ładowarki indukcyjnej, która jest schowana głęboko w tunelu środkowym. Poza tym podoba mi się tu zarówno wykończenie, użyte materiały, spasowanie, świetna gruba kierownica, jak i ułożenie ekranu centralnego.



Jeśli miałbym jeszcze coś zmienić, to przyciski na kierownicy. Na takie tradycyjne. Głośnością sterujemy tu przesuwając palec po niewielkim panelu, co wymaga przyzwyczajenia. Poza tym mamy świetny system audio, multimedia wysokiej jakości, genialną kamerę 3D oraz panoramiczny dach z elektrycznie sterowaną roletą. Pozycja za kierownicą jest bez zarzutu. Tunel środkowy jest masywny, wysoko poprowadzony i miękko wykończony, a system audio Burmester gra wyśmienicie.


Przechodząc na tył, oparcia przednich foteli są bardzo cienkie, dzięki czemu wygospodarowano więcej miejsca na kolana. Przy 181 cm wzrostu nad głową miałem jeszcze jakieś 4 cm, a na kolana 5-6 cm. Mamy tu cztery strefy klimatyzacji, dwa porty USB-C oraz wysuwany podłokietnik z uchwytami na napoje i gazetowniki. Największy minus na tylnej kanapie to… wysiadanie. Otwór drzwiowy jest dość mały, a opcjonalny próg dodatkowo poszerza auto. Przy moim wzroście nie miałem możliwości wystawić nogi bez ocierania się o wystający próg. Jeśli jest brzydka pogoda, ubrudzenie nogawek gwarantowane przy każdym wysiadaniu.



Bagażnik ma 470 litrów, a klapa otwiera się elektrycznie i bardzo wysoko - chyba nawet mając dwa metry wzrostu można się pod nią swobodnie zmieścić. Podłoga jest nieco wybrzuszona z uwagi na baterię w wersji plug-in.

Multimedia
Multimedia to dobry, sprawdzony system MBUX. Na dole ekranu przez cały czas mamy panel do sterowania klimatyzacją oraz przycisk do ekranu głównego. System działa szybko, jest intuicyjny i bardzo ładnie wykonany, dając wiele opcji personalizacji oraz podglądu pracy samochodu.


Dzięki menu skrótów, możemy szybko wyłączyć head-up display czy parktronic. Fajną opcją jest wyświetlanie sygnalizacji świetlnej na ekranie, gdy stoimy zbyt blisko, dzięki czemu nie trzeba wychylać głowy. Jest też wirtualna rzeczywistość podczas korzystania z fabrycznej nawigacji. Na widok ulicy na ekranie nanoszone są strzałki. Cyfrowe zegary są przejrzyste i oferują wiele widoków.

Napęd i wrażenia z jazdy
Pod maską GLC 300 e pracuje układ hybrydowy plug-in. Jest tu silnik benzynowy o pojemności 2 l (204 KM) i elektryczny (156 KM). Łączna moc to 313 KM, a czas od zera do setki wynosi 6,7 sekundy. Na pokładzie jest bateria 25 kWh netto, dająca w teorii zasięg do 127 km. Moment obrotowy wynosi solidne 550 Nm, a nad zmianą przełożeń czuwa 9-stopniowy automat. Każdy wariant GLC ma standardowo napęd na 4 koła.

Pod kątem układu napędowego GLC spisuje się wyśmienicie. Samochód jest dynamiczny, a skrzynia pracuje szybko. Jedyne zastrzeżenie mam tylko do długiej zwłoki przy przełączaniu kierunku jazdy z D na R i odwrotnie.


Mercedesem świetnie jeździło mi się w trybie elektrycznym - auto jest doskonale wyciszone, więc jazda bez silnika spalinowego jest tu czystą przyjemnością. W moim teście średnie zużycie energii w mieście było zbliżone do 25 kWh, co daje realny zasięg około 100 km. Poza miastem zużycie spada do 22 kWh.


Podoba mi się, że auto startuje w trybie elektrycznym, jeśli ma jakiś zapas prądu. Jeszcze bardziej podoba mi się, że na pedale gazu jest wyczuwalna blokada informująca, jak mocno można go wcisnąć bez uruchamiania silnika spalinowego. Dopiero przełamanie tego poziomu oznacza start benzyniaka. To daje kierowcy pełną kontrolę nad trybem jazdy.


Mamy tu trzy tryby rekuperacji, sterowane manetkami przy kierownicy, z czego jeden pozwala na swobodne toczenie się auta. I taką opcję też doceniam. Nie lubię, gdy w hybrydach puszczenie gazu oznacza mocne zwalnianie, a w niektórych jest to normą. Tutaj mamy wybór.
Jest też tryb hybrydowy oraz Battery Hold (utrzymywanie energii na później). Auto ładować możemy ze zwykłego gniazdka. Wtedy uzyskamy 1,6 kW, czyli będziemy potrzebować około 15 godzin na uzupełnienie akumulatora do pełna. Maksymalna moc ładowania prądem zmiennym to 11 kW, a stałym aż 60 kW.
Zawieszenie jest dość miękkie, nastawione na komfort, ale jeśli chcecie, by było wybitnie komfortowo, warto dopłacić 16 000 zł za pneumatykę. Mercedes, mimo że jest ociężałym SUV-em, daje radość z prowadzenia. W porównaniu do chińczyków typu MG ZS albo Forthing T5, to zupełnie inna bajka. Tam skręcanie kierownicą powodowało zwyczajnie zmianę kierunku jazdy. I to by było na tyle. Tutaj skręcanie kierownicą powoduje informację zwrotną u kierowcy i jest to informacja przyjemna.

Niestety, Mercedes GLC w testowanym wariancie nie należy do lekkich. Obecność dużej baterii winduje masę własną do 2 325 kg. Choć w większości sytuacji nie czuć tego w trakcie jazdy, to na mokrej nawierzchni warto mieć na uwadze, że prowadzimy niemal dwuipółtonowego kolosa.
Systemy wsparcia kierowcy na pokładzie GLC spisują się bardzo dobrze. Nie ma tu natarczywego pikania, czy wyrywania kierownicy z rąk. Aktywny tempomat i asystent jazdy środkiem pasa działają przewidywalnie. Przy manewrach parkingowych Mercedes potrafi zahamować, gdy wykryje przeszkodę. Informuje też o ruchu poprzecznym choćby podczas wyjeżdżania z miejsca parkingowego.

Ceny
Ceny GLC startują od 250 000 zł za wersję 200 d (186 KM, miękka hybryda w dieslu). Wszystkie wersje mają napęd na cztery koła i automat. GLC 300 e (plug-in) startuje od 325 800 zł, a GLC 300 (bez plug-ina) to wydatek 289 100 zł. Nowa generacja GLC, w wariancie elektrycznym kosztuje od 280 000 zł za wersję 250 (354 KM, zasięg 646 km).
Mój egzemplarz wyceniono na 450 000 zł, z czego koszt samych dodatków to 123 000 zł. Ponad połowę tej kwoty stanowi pakiet AMG Premium Plus. Na szczycie oferty stoi GLC 53 AMG, którego cena zaczyna się od 423 000 zł – mamy tam ponad 450 KM i 4,2 sekundy do setki.

Warto docenić, że oferta silnikowa jest tu dość szeroka. Może silnikowa to złe słowo, bo większość wariantów opiera się na tym samym motorze, ale cieszy, że do wyboru są diesle, miękkie hybrydy, plug-iny, no i 3-litrowe R6 w AMG.

Podsumowanie
Mercedes GLC to konstrukcja dopracowana i skrojona pod wymagającego klienta. Jak na klasę premium przystało, auto daje poczucie luksusu, bezpieczeństwa i komfortu. W dodatku nie należy do tanich.
Czy warto sięgnąć po wariant plug-in dopłacając około 36 tys. zł? Tutaj odpowiedź może być tylko jedna: to zależy. Większa masa, mniejszy bagażnik i spora dopłata to elementy na "nie". Jeśli żaden z nich nie ma dla was większego znaczenia, to odpowiedź brzmi "tak", warto. Oczywiście wyłącznie wtedy, jeśli możecie ładować auto we własnym garażu, a najlepiej czerpiąc prąd z fotowoltaiki.

Dziękuję Mercedes-Benz Polska za udostępnienie auta do testu.
