Joanna Labuda: Miasto planuje budowę krytego lodowiska na Rąbinie. Czy jako prezes Inowrocławskiego Towarzystwa Hokejowego czeka pan na tę inwestycję?
Marek Słabiński: Inowrocławskie Towarzystwo Hokejowe działa od 2008 roku, choć gramy razem już od ponad 20 lat. Tworzymy zespół ludzi z różnych środowisk - są wśród nas rzemieślnicy, lekarze, prawnicy. To świetna grupa, dzięki której udało się utrzymać działalność Towarzystwa przez tyle lat. Bierzemy udział w amatorskich rozgrywkach hokejowych, mecze odbywają się regularnie - co tydzień, w każdą środę. Dlatego szczególnie nam zależy, żeby w Inowrocławiu powstało kryte lodowisko. Zabiegamy o to już od 15 lat.
Ale w Inowrocławiu nie gracie, bo nie macie gdzie.
Przez pewien czas wynajmowaliśmy lód w Toruniu, obecnie korzystamy z lodowiska w Mogilnie. To wiąże się z dużymi kosztami - pieniędzmi, które moglibyśmy zostawić tutaj, w naszym mieście. Nasza drużyna zostawiała w Toruniu co roku około 30 tysięcy złotych. Ale żebyśmy mogli organizować mecze czy zapraszać inne drużyny do Inowrocławia, muszą zostać spełnione określone warunki socjalne.
Jakie na przykład?
Przede wszystkim potrzebne jest odpowiednie zaplecze socjalne. Po meczu zawodnicy muszą mieć możliwość, aby wziąć prysznic i się przebrać. Po rozgrywkach stroje są całkowicie mokre. To są podstawowe potrzeby i nie da się ich zrealizować w kontenerze.
Nowy obiekt, czyli planowane kryte lodowisko na Rąbinie, będzie spełniać te wymagania?
Niestety, projekt obiektu na tę chwilę nie przewiduje zaplecza socjalnego.
To duży problem?
W imieniu Towarzystwa mogę powiedzieć, że jeśli planowane lodowisko nie będzie posiadało zaplecza socjalnego, nie będziemy z niego korzystać. Niestety, nadal będziemy trenować i rozgrywać mecze w ośrodkach zewnętrznych - tak jak teraz. Naszym zdaniem utrzymanie lodowiska w zaproponowanej formie to koszt rzędu około 100 tysięcy złotych miesięcznie. Taki obiekt nie utrzyma się sam wyłącznie z wpłat użytkowników - potrzebna jest działalność komercyjna.
Słyszałem już zarzuty, że "starszym panom chce się pograć w hokeja, a całe miasto ma za to płacić". To nieprawda. My za korzystanie z lodowiska płacimy i nie oczekujemy niczego za darmo. Chcemy wynajmować obiekt na normalnych, rynkowych warunkach. Skoro tylko nasza drużyna zostawiała rocznie 30 tysięcy złotych w Toruniu, to chyba lepiej, żeby te pieniądze trafiały do kasy Inowrocławia.
I trzeba pamiętać, że hokej to tylko margines sportów zimowych. Jest jeszcze jazda figurowa, short track i wiele innych aktywności. Jeśli stworzymy warunki, które przyciągną ludzi, to nie będziemy musieli do tej inwestycji dokładać jako mieszkańcy - to się może samo utrzymywać.
Ale żeby tak się stało, trzeba patrzeć przyszłościowo. Demografia jest nieubłagana. Za chwilę Inowrocław może mieć poważny problem z liczbą szkół - już dziś wystarczyłoby siedem szkół podstawowych. Trzeba mieć plan, co zrobić z budynkami po szkołach. To realna perspektywa, która czeka nas za kilka lat.
Lodowisko ma powstać przy Szkole Podstawowej nr 5. Czy ten obiekt da się sensownie wykorzystać?
Oczywiście. Można połączyć lodowisko ze szkołą specjalnym tunelem, tak jak zrobiono to w Mogilnie [w Mogilnie zastosowano tunel z membrany dachowej, prowadzący z lodowiska do szatni w hali widowiskowo-sportowej - przyp. red]. Tymczasem w projekcie inowrocławskiego lodowiska obecnie nie ma takiego rozwiązania. Jest tylko kontener, w którym ma być wypożyczalnia i miejsce do zmiany butów.
Czy poza brakiem zaplecza socjalnego, widzi Pan inne elementy, które należałoby poprawić?
Tak, przede wszystkim płyta powinna być pełnowymiarowa. I powinny znaleźć się po obu stronach trybuny. Dzięki temu, po sezonie zimowym, obiekt można byłoby przekształcić w halę sportową. Żeby przyciągnąć ludzi, trzeba stworzyć warunki m.in. miejsce do siedzenia.
Miasto mówiło wcześniej, że latem ma tam działać wrotkowisko. Jeżdżę na rolkach, żeby przygotować się kondycyjnie do sezonu zimowego, ale nie wyobrażam sobie robić tego w hali. To powinno się odbywać na świeżym powietrzu.
W Inowrocławiu wszyscy musimy się przestawić na myślenie, że inwestycje powinny być dochodowe. Muszą przyciągać ludzi z zewnątrz - tylko wtedy mają sens. To jedyna droga rozwoju dla miasta.
Czy Inowrocławskie Towarzystwo Hokejowe rozmawiało z Miastem o tych kwestiach? Przedstawialiście swoje propozycje?
Tak. Na początku roku otrzymałem też informację z Ministerstwa Sportu o planowanym programie budowy lodowisk. Na lodowisko pełnowymiarowe (60 × 30 metrów) ministerstwo przewidziało dofinansowanie do 10 mln zł, a na średnie (40 × 20 metrów) - do 5 mln zł. Przekazałem tę informację prezydentowi i jego zastępcy, żeby Miasto mogło się odpowiednio przygotować - zarówno merytorycznie, jak i technicznie. Program ruszył 1 lutego i trwa do 30 kwietnia.
Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że zainteresowanych samorządów jest w Polsce wiele, a pula środków ograniczona. Ale był czas, żeby propozycję przygotowaną przez firmę zewnętrzną skonfrontować z rzeczywistymi potrzebami - warto było zasięgnąć opinii i porady.
Pan miał inny pomysł na tego typu inwestycję. W kampanii w wyborach samorządowych w 2024 roku proponował Pan stworzenie Centrum Sportów Rodzinnych "Irena" na terenach po dawnej hucie.
Centrum Sportów Rodzinnych miało być miejscem, które przyciągałoby rodziny, szczególnie w weekendy. Na pierwszym piętrze planowaliśmy pełnowymiarowe lodowisko, a na parterze strzelnicę garnizonową. Rozważaliśmy też inne funkcje, jak siłownia czy strefa SPA. Obecny właściciel tych terenów rozebrał niemal wszystkie dawne obiekty, ale zostawił jedną halę - właśnie tę, którą pierwotnie zaprojektowaliśmy z myślą o CSR "Irena".
Rok temu powiedział Pan, że "miasto się sypie i potrzebuje dużej inwestycji". Czy coś się od tego czasu poprawiło?
Doskonale pani wie, że po pierwszej turze wyborów wsparłem pana Arkadiusza Fajoka. Uważam, że to odpowiedni kandydat - w dobrym wieku, z energią do działania. Znam jednak sytuację miasta, które przez ostatnie lata znalazło się w bardzo trudnym położeniu - zarówno gospodarczym, jak i finansowym. Przed nowymi władzami stoi ogromne wyzwanie. I uważam, że dziś trzeba prezydenta wspierać. On nie jest cudotwórcą, jest jednym z nas. Sam uczestniczę w różnych gremiach i widzę pozytywne nastawienie. Na konkretne efekty musimy jeszcze poczekać, myślę, że minimum dwa lata. Ale kierunek jest dobry.
Jeździ Pan miejskimi autobusami?
Nie. Ostatni raz jechałem może 15 lat temu.
Co sądzi Pan o wprowadzeniu bezpłatnej komunikacji miejskiej?
Odnosiłem się do tego już jako osoba pełniąca obowiązki prezydenta, kiedy podpisywałem budżet. W tamtym czasie dopłaty do MPK wynosiły około 14,5 mln zł rocznie, a planowane przychody z biletów wynosiły około 4,6 mln zł. To daje łącznie około 19 mln zł. Dziś te wartości pewnie się nie zmieniły znacząco. Jeśli mamy zrezygnować z biletów, to trzeba będzie znaleźć dodatkowe 5–6 milionów zł w budżecie miasta. Mam nadzieję, że pani skarbnik dobrze to policzyła. To był sztandarowy pomysł prezydenta Fajoka i teraz jest realizowany. Ale to musi się bilansować.
Dochodziły do nas niepokojące sygnały z Cechu Rzemiosł Różnych. Przedsiębiorcy, którzy złożyli deklarację członkostwa, mają ponoć problemy z dołączeniem do stowarzyszenia. Co się tam dzieje?
W Cechu, niestety, mamy klasyczny konflikt: stare walczy z nowym. I to "stare" bardzo się trzyma - nie chce dopuścić nowego pokolenia. Ale trzeba się opierać na podstawowym dokumencie, czyli statucie. A statut mówi jasno: deklarację członkowską składa się pisemnie, a zarząd ma miesiąc na rozpatrzenie wniosku, a następnie poinformowanie kandydata o decyzji. Jeśli decyzja jest odmowna - trzeba ją uzasadnić. Kandydat ma wtedy prawo odwołać się do walnego zgromadzenia.
A co z "nowym" wymogiem rekomendacji od członków zarządu?
Ten wymóg został wprowadzony przez dwóch członków zarządu, podczas gdy cały zarząd liczy pięć osób. W statucie taki zapis nie istnieje, więc to działanie jest bez podstawy prawnej. Dlatego jako przewodniczący komisji rewizyjnej zainicjowałem zwołanie nadzwyczajnego walnego zgromadzenia. Wtedy zapadną kluczowe decyzje.
Wraz z członkiem zarządu, panem Franciszkiem Żakiem, założyliście Fundację Rzemieślnik. Na czym polega jej działalność?
Tak, wspólnie z panem Franciszkiem Żakiem stworzyliśmy Fundację Rzemieślnik, która działa bardzo prężnie. Udało nam się uzyskać status organizacji pożytku publicznego, co oznacza, że możemy korzystać z 1,5% podatku przekazywanego przez podatników. Wielu przedsiębiorców wspiera naszą działalność, dzięki czemu nie mamy problemów finansowych.
Pomagamy uczniom ze szkoły rzemiosła, wspieramy rzemieślników, którzy znajdą się w trudnej sytuacji życiowej. Fundujemy wózki inwalidzkie dla osób niepełnosprawnych, organizujemy wydarzenia charytatywne. W czasie takich imprez cały zarząd i rada fundacji angażuje się w działania, by przyciągnąć nowych członków.
Zależy nam na tym, aby osoby wspierające nas finansowo mogły również dołączyć do Cechu. Dzięki temu organizacja zawodowa mogłaby oferować im wsparcie w codziennej działalności - zarówno w zakresie rozwoju zawodowego, jak i pomocy prawnej.
Nie wszystkim się to podoba?
Niestety nie. Pojawiły się głosy, że fundacja zdominowała działalność Cechu. Niedawno wprowadziliśmy do zarządu fundacji młodego człowieka, bo wierzę, że przychodzi czas, by dać pole do działania nowemu pokoleniu. Sam planuję być aktywny jeszcze dwa, może trzy lata, ale chciałbym już dziś przygotowywać kogoś, kto mnie zastąpi. Mamy wielu młodych, zdolnych ludzi z pomysłami - nie wolno ich hamować, trzeba ich wspierać.
Czy to, co dzieje się obecnie w Cechu - problemy z przyjmowaniem nowych przedsiębiorców - to właśnie przykład takiego hamowania?
Tak. Cech staje się organizacją zakonserwowaną. Jeśli się nie otworzymy, za chwilę nie będzie żywa.
W maju ma odbyć się walne zgromadzenie. Czy możemy spodziewać się zmian w zarządzie?
Tak, zdecydowanie. Jestem zwolennikiem wymiany zarządu. Zresztą, niektórzy członkowie sami zapowiedzieli rezygnację – ze względu na wiek.
A Pan? Będzie Pan startował na Starszego Cechu?
Nie, nie mam takich ambicji. W przestrzeni publicznej pojawiły się takie sugestie, ale to nieprawda. Widzę siebie w komisji rewizyjnej, której obecnie przewodzę. Uważam, że funkcję Starszego Cechu powinna pełnić osoba w wieku 40–50 lat - ktoś z doświadczeniem i pomysłami, ale przede wszystkim z chęcią do pracy.