Inowrocław EXTRA | 12 lutego 2018, 15:01    
Koza Mątewska od kuchni
We wtorek ulicami naszego miasta przejdzie Koza. Po raz kolejny można podziwiać i uczestniczyć w tradycji, której przejawem są wesoło maszerujące w ostatni dzień karnawału barwne postaci.
Tradycja ma to do siebie, że jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. O tym, kto i w jaki sposób dba o jej podtrzymanie i czy jest ona trudna w organizacji rozmawialiśmy z organizatorem Kozy Mątewskiej Piotrem Sobierajskim i Stanisławem Giczkowskim, który przez lata w tejże Kozie chodził.
Przypominamy nasz wywiad z 2016 roku.



Jak to się stało, że Koza zawitała w pana domu, panie Piotrze?

PS: Tak się zdarzyło, że urodziliśmy się w rodzinach, w których ojcowie, dziadkowie i znajomi przebierali się w okresie zakończenia karnawału w te kolorowe postaci.

Jak przedstawia się historia Kozy Mątewskiej?

PS: Trzeba zacząć od tego, że tradycja wywodzi się z Szymborza i Klubu Kawalerów. Jest to blisko dwustuletni obyczaj. Potem część osób mieszkających w Szymborzu rozpoczęła pracę w Zakładach Sodowych i siłą rzeczy tradycja została przeniesiona do Mątew. Był to rok 1921. Początkowo miała ona zasięg na dzielnicę robotniczą. Natomiast w latach 80-tych zaczęliśmy pojawiać się już w całym Inowrocławiu, a na prośbę mieszańców dodatkowo można nas spotkać w Tupadłach i Kruszy Duchownej.

A jak pan osobiście jest związany z Kozą?

PS: Początkowo organizacją orszaku zajmował się mój ojciec Leon Sobierajski we współpracy z Zakładami Sodowymi, przy których znajdowała się nasza baza kulturalno-socjalna. Ojciec wiele lat chodził jako członek orszaku, był Misiem. W latach 80 zajął się już tylko sprawami organizacyjnymi. Po jego śmierci w 1998 roku naturalnie jego funkcję przejąłem ja i tak od 1999 roku oficjalnie zostałem organizatorem i jestem nim po dziś dzień. Pomaga mi w tym kolega Edmund Rusztyk. Ciekawostką jest, że pochodzi on z Szymborza, a w tamtejszej kozie nigdy nie chadzał.

W orszaku zapustnym chodził pan od małego chłopca. Czy zawsze jako jedna postać?

PS: Nie, bardzo różnie. Za czasów, kiedy byłem piękny i młody przebierałem się za Pannę Młodą! (śmiech) Najdłużej jednak chodziłem w Kozie przebrany za Dziada. Wspaniałe wspomnienia.

A pan, panie Stanisławie?

SG: Ja od 1985 roku do swoich 40 urodzin chodziłem w Kozie jako Cygan. To niepowtarzalne uczucie co roku spotykać się z całą załogą! I ci wszyscy ludzie, którzy nas zawsze tak miło witają...

A jak pan się w Kozie w ogóle znalazł?

SG: To za sprawą ojca pana Piotra. Pracowałam razem z Leonem Sobierajskim na jednym oddziale w Zakładach Sodowych i to on mnie zachęcił. To był niesamowity człowiek. Wspaniały i do tego stopnia oddany tradycji, że jego życzeniem było, żeby Koza zagrała mu na jego grobie.

PS: A tak, ojciec zawsze o tym mówił. I tak też się stało. W rok po jego śmierci cały orszak wszedł ze mną na cmentarz złożyć kwiaty i zapalić znicz na grobie ojca. Dziś chodzimy już tylko w parę osób, żeby w dzień przed dać znać ojcu, że Koza pójdzie.

Jakieś inne wspomnienia?

SG: Najśmieszniej było jak na swojej drodze napotkaliśmy przeszkodę w postaci ciągnika z przyczepą. Stanął w poprzek, więc cały orszak w sile kilkunastu poprzebieranych osób pomagał mu ruszyć. Ale był widok!



A niemiłe wspomnienia?

SG: Nie ma takich! Nawet miło wspominam to, jak bardzo cierpiałem po pierwszych przemarszach. Pełen zapału trochę przeceniłem swoje możliwości i na następny dzień nie mogłem ruszyć ani ręką, ani nogą!

PS: (śmiech) Tak, pamiętam. Chyba potem tydzień na zwolnieniu byłeś! A mówiłem Ci, żebyś tak nie biegał. Tak się tylko mówi, ale przecież my jesteśmy 12 godzin na nogach! Pod koniec dnia odczuwa się tego skutki.



Wracając do spraw organizacyjnych Kozy. Jak one wyglądają?

PS: W tym właśnie pomaga mi Edmund Rusztyk. Żeby móc wyjść na ulicę z naszą Kozą musimy zdobyć liczne pozwolenia. Organizując orszak musimy też przestrzegać procedur bezpieczeństwa, szczególnie po takich zdarzeniach, które miały miejsce na Uniwersytecie Techniczno-Przyrodniczym w Bydgoszczy. Nie obejdzie się zatem bez wizyt w Straży Miejskiej, policji, starostwie powiatowym, komendzie wojewódzkiej policji czy u prezydenta i wójta gminy. Urzędnicy są nam jednak przychylni.

Nie miał pan oporów, żeby się tym wszystkim zajmować?

PS: Nie. Wcześniej, gdy jeszcze mój ojciec organizował orszak, chciałem go choć trochę odciążyć i pomagałem mu z tą całą biurokracją. Można zatem powiedzieć, że byłem wdrożony w sprawy administracyjne.

Dobrze. Pozwolenia zdobyte i co dalej?

PS: W pierwszy piątek nowego roku jest spotkanie orszaku w restauracji AS, u pana Andrzeja Sobierajskiego. Omawiany jest plan i sprawdzamy skład orszaku, który na chwilę obecną składa się z 23 osób. Potem spotykamy się, żeby odświeżyć, poprawić czy uszyć nowe stroje. Na dzień przed kozą, czyli w poniedziałek spotykamy się w jednej ze świetlic udostępnionej prze dyrekcję OSiR i przygotowujemy już wszystko na wtorkowy poranek.

Jak ocenia pan organizację Kozy na przestrzeni czasu. Jest coraz łatwiej czy przeciwnie?

PS: Nie ukrywam, że od czasu, kiedy Zakłady Chemiczne wraz z nowym zarządem zerwały z nami współpracę mieliśmy spore problemy. Musieliśmy poszukać nowych lokali i sponsora. Na szczęście wyciągnął do nas rękę prezydent Ryszard Brejza oraz pan Szymon Bykowski, którzy są naszymi głównymi sponsorami. Lokal udostępnił nam Ośrodek Sportu i Rekreacji i wszystko jakoś się ułożyło. Naprawdę ku naszemu miłemu zaskoczeniu wiele osób chce nam pomagać. Jesteśmy im bardzo wdzięczni.

Jakie inne zmiany pan zaobserwował?

PS: Czasy się zmieniają to i ludzie są inni. Kiedyś chodziliśmy z Kozą do księży w Mątwach i zawsze byliśmy tam mile widziani. Dziś nie chcą nas już tam przyjmować, bo twierdzą, że kultywujemy barbarzyński zwyczaj. To nic. My nie wpychamy się tam, gdzie nie jesteśmy mile widziani. Poza tym, zawsze na podkoziołku, który jest zwieńczeniem tego pięknego dnia bawiły się tłumy, a teraz już drugi rok z rzędu nie będzie tej zabawy. Powodem jest brak chętnych.



A jak reagują na Was mieszkańcy?

PS: Zdarzają się sporadyczne, niemiłe sytuacje typu rzucanie śnieżkami w Kozę albo jajkami. Generalnie jesteśmy odbierani bardzo pozytywnie i naprawdę czuć sympatię mieszkańców. Cieszy nas bardzo, że zawsze towarzyszą nam ludzie, którym też zależy na podtrzymaniu tej tradycji. Każdy, kogo mijamy na swojej drodze chętnie nas zaprasza na poczęstunki. Niestety nie ma czasu na odstępstwa od planu i nie wszystkich udaje się odwiedzić.

Czy pana zdaniem ważne jest, żeby podtrzymywać tego typu tradycje?

PS: W dzisiejszych czasach co nam zostało z tradycji? Jak zrezygnujemy i z tej, to pozostanie nam tylko szara rzeczywistość, siedzenie w fotelu przed telewizorem i Internet. W naszym orszaku chodzą rodziny, ojcowie z synami, więc czuje się tą więź. Na ulicy spotykamy tak naprawdę cały przekrój społeczeństwa. Chcemy dla nich pięknie, kolorowo wyglądać i przysporzyć im odrobinę radości. Dbamy o to, żeby wszystko było udokumentowane. Od blisko 20 lat pomaga nam w tym pan Witold Szymański, który jest takim naszym rejestratorem, kronikarzem.



Wspominał pan, że na dzień dzisiejszy w orszaku są 23 osoby. Czy nie obawia się pan, że z czasem nie będzie chętnych?

PS: W Kozie chodzą osoby ze starszego pokolenia, ale młodych też u nas nie brakuje. Więc jestem spokojny o tradycję. Nie przeprowadzamy naborów, a rotacje zdarzają się nam się tylko w grupie grajków. Ostatnio nawet sami zgłosili się nas młodzi ludzie i wyrazili chęć uczestnictwa w Kozie...

Chrzest jest?

PS: Oczywiście, że tak! Każda nowa osoba dostaje baty od pozostałych członków orszaku. To takie nasze oczepiny.

Dziękujemy za rozmowę. [JJ | fot. MJ]


reklamaredakcjao portalu
ogłoszeniamiasto firmjedzeniepracanieruchomościwydarzeniarepertuar kina
© copyright 2000-2018 Ino-online Media